Manifa mon amour?, czyli dlaczego wciąż wychodzimy na ulice

Zdjęcie ze zbiorów własnych Porozumienia Kobiet 8 Marca

6. marca 2012
Elżbieta Korolczuk
Na hasło „Manifa” popularna przeglądarka generuje blisko milion wyników. Przede wszystkim kieruje nas na stronę organizatorek warszawskiej demonstracji, czyli Porozumienia Kobiet 8 Marca, jednak na liście wśród pierwszych kilkunastu pozycji pojawiają się także informacje o Manifach w kolejnych miastach: Poznaniu, Łodzi i na Śląsku oraz liczne relacje z Manif, jakie zamieszczono w ogólnopolskich mediach. Co ciekawe, hasłem „Manifa” posługują się również przeciwnicy równouprawnienia. Jedną z internetowych domen pod tą nazwą zakupiło tajemnicze Centrum Ekwilizmu Społecznego, którego przedstawiciele – niepodpisani niestety z nazwiska – dowodzą, iż ruchy feministyczne zamieniły się dziś „w organizacje dążące do zwiększenia praw pewnych grup ludzkich kosztem praw pozostałych ludzi”. Ogłaszają też z dumą, że wykupienie domeny z Manifą w nazwie to jedna z pierwszych akcji Centrum. Niewątpliwie, jak głosi jedno z haseł na manifowych koszulkach i gadżetach – „Manifa to potęga!”.

Dziś trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od kilkunastu młodych kobiet, które miały już dość dyskryminacji i pogardy kolejnych demokratycznych rządów. Impulsem do założenia Porozumienia stało się najście policji na gabinet ginekologiczny w Lublińcu, kiedy to policjanci zabrali pacjentkę na przymusowe badania ginekologiczne, by sprawdzić, czy anonimowe doniesienie o nielegalnej aborcji jest prawdą. Kobieta nie została poinformowana o przysługujących jej prawach. List protestacyjny w tej sprawie został rozesłany do mediów i Rzecznika Praw Obywatelskich .

Ta brutalna interwencja pokazała, że nawet obecne – skrajnie restrykcyjne – prawo dotyczące aborcji nie jest w Polsce przestrzegane. Karani mieli być lekarze i osoby pomagające w dokonaniu aborcji, jednak ofiarami stały się kobiety, przede wszystkim te, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej. Jak mówiła Agnieszka Graff podczas Manify w 2001 roku: „Ustawę antyaborcyjną uważam za głęboko niemoralną, gdyż Państwo nie może kazać kobiecie urodzić dziecka. Zakaz godzi przecież w kobiety najbiedniejsze”.

Założycielki Porozumienia postanowiły „przejąć” 8 marca i uczynić je prawdziwym świętem kobiet. Chciały zawalczyć o przestrzeń publiczną i głośno mówić o tym, że kobiety chcą równości w dostępie do władzy, chcą mieć prawo do decydowania o swoim ciele i równych zarobków, a nie symbolicznego kwiatka i cmoknięcia w rękę. Nieprzypadkowo na plakacie z 2001 roku pojawia się kobieta „wymiotująca” czerwonymi goździkami – symbolem peerelowskiej tradycji, w ramach której kobiety nagradzano przede wszystkim symbolicznie, nie zwracając uwagi na to, w jakich warunkach żyją, z jakimi problemami się zmagają i czego naprawdę oczekują. „Kobietom przejadły się puste, galanteryjne gesty, które tak naprawdę niczego nie zmieniają w ich prawnej i ekonomicznej sytuacji” – stwierdziła Katarzyna Bratkowska podczas demonstracji w 2001 roku. – „Zamiast adoracji chcemy godnej reprezentacji w Parlamencie i całym życiu publicznym”.

Politycznym postulatom towarzyszyła kontrkulturowa forma. Bronią feministek stały się prześmiewcze performance, bezkompromisowe hasła, kolorowe stroje i rozbrzmiewająca podczas marszu muzyka. Jak pisał Adam Ostolski: „Manifa pachniała wiosną. W powietrzu unosiła się ekscytacja, mobilizacja do walki i poczucie, że oto zaczyna się coś nowego” . Dziś myślę, że trzeba było dużej odwagi, żeby wyjść na ulicę w różowej peruce i tańcząc wokół pomnika Wyszyńskiego, mówić publicznie o prawach kobiet. Była w tym bezkompromisowość i niesamowita siła, która mnie – wtedy studentkę próbującą znaleźć receptę na życie – przyciągnęła i uwiodła. Manifa zmieniła się przez te lata. Zamiast kilku setek uczestniczy w niej kilka tysięcy ludzi, hasła w coraz większym stopniu dotyczą kwestii ekonomicznych i systemowych, a media przestały już traktować nas z pobłażliwością i zdziwieniem. Ja też się zmieniłam – już nie tylko chodzę na Manifę, ale też ją współorganizuję. Nie zmieniła się tylko czysta radość, kiedy pochód rusza w rytm muzyki i energia, która po prostu unosi się nad tłumem, poczucie, że jeśli tylu ludzi wierzy w zmianę i próbuje jej dokonać, to jest ona możliwa.

Nie jestem i nie zamierzam być obiektywna. Poświęciłam Manifom spory kawałek swojego życia i nawet, gdy nie będę już brała udziału w ich organizacji, zawsze będą to „moje Manify”. Ale opinię, że nam się udało, podzielają na szczęście także osoby postronne. Adam Ostolski, socjolog związany z „Krytyką Polityczną” i Zielonymi, wzywa nawet organizatorów obchodów 1 Maja do wzięcia przykładu z Porozumienia 8 Marca . Dlatego warto się zastanowić, jak to się stało, że się udało? Dlaczego media zaczęły Manifę traktować poważnie, tysiące ludzi chcą na, żeby ją organizować? Jestem przekonana, że kluczem do sukcesu jest to, co sprawia nam tyle problemów na co dzień i co stanowi też główne źródło konfliktów. Jest nim fakt, że Porozumienie Kobiet nie jest spójną grupą mówiącą zawsze jednym głosem, że podstawą naszej zbiorowej tożsamości jest chęć działania na rzecz kobiet, ale to, co owo działanie w praktyce oznacza, jest wciąż negocjowane i poddawane dyskusji.

Najtrudniejszy moment każdego roku to wybór głównego tematu i przewodniego hasła – to wtedy ujawniają się różnice priorytetów oraz ideologiczne napięcia, które zwykle prowadzą do zażartej dyskusji, a czasem otwartej walki. Ostateczna decyzja rzadko kiedy zadowala wszystkich, a fakt, że tyle naszych postulatów wciąż pozostaje niezałatwionych, sprawia, że należałoby raczej mówić o ich kumulacji niż o zamianie jednych na drugie. Już pierwsza demonstracja poruszała szereg innych problemów, nie tylko brak dostępu do bezpiecznej i legalnej aborcji. Hasłem przewodnim marszu stało się zdanie „Demokracja bez kobiet to pół demokracji”, a uczestniczki mówiły też o tym, że w Polki zarabiają 2/3 tego co Polacy na tym samym stanowisku, mimo że są lepiej od mężczyzn wykształcone, stanowią 60% ogółu bezrobotnych, są często zwalniane jako pierwsze i trudniej im znaleźć nową pracę. Protestowały przeciwko decyzji rządu, który zablokował kampanię przeciwko przemocy w rodzinie i wycofał dopłaty do środków antykoncepcyjnych. Nagłaśniały nie tylko problemy Polek – część uczestniczek przebrała się na czas marszu w burki, które symbolizowały tragiczną sytuację kobiet w Afganistanie pod rządami talibów.

Podczas kolejnych demonstracji postulatów przybywało. W 2002 roku opublikowany został List Stu Kobiet, którego sygnatariuszki (nie tylko członkinie PK8M, ale też akademiczki, artystki, kobiety biznesu i przedstawicielki organizacji pozarządowych) protestowały w związku z „handlem prawami kobiet, jaki odbywa się w kuluarach integracji Polski z UE". W 2004 roku, gdy artystka Dorota Nieznalska została skazana za obrazę uczuć religijnych, demonstracja dotyczyła cenzury i ingerencji Kościoła w życie publiczne. W latach 2005 i 2006 – w okresie rządów PiS, LPR i Samoobrony – powodów do protestu było tyle, że oprócz tradycyjnych Manif zorganizowałyśmy Wiec w Obronie Konstytucji, który zgromadził kilka tysięcy ludzi. Głównym powodem do protestów był zgłoszony wówczas przez partie prawicowe postulat wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji do Konstytucji. Porozumienie Kobiet 8 Marca zaangażowało się też w przygotowanie Parady Równości, na którą ówczesny Prezydent Miasta nie wydał zgody. W ostatnich latach coraz ważniejsze były postulaty ekonomiczne: w roku 2010 marsz odbył się pod hasłem „Solidarne w kryzysie! Solidarne w walce!”, zaś w 2011 „Przecz w wyzyskiem! Wymawiamy służbę!”.

Ta wielość problemów, rosnąca liczba postulatów może wydawać się słabością Manif. Sama niegdyś sądziłam, że osłabia to medialny oddźwięk demonstracji i utrudnia dotarcie do społeczeństwa, ułatwia natomiast manipulację przekazem – do niedawna, bez względu na to, czego w rzeczywistości dotyczyła Manifa, część mediów skupiała się wyłącznie na kwestii aborcji. Dziś mam poczucie, że taka jest właśnie rola Manify – skupianie jak w soczewce problemów do rozwiązania i spraw do załatwienia, przypominanie, że od lat domagamy się respektowania naszych podstawowych praw i nigdy nie przestaniemy się tego domagać. Ta powtarzalność pozwala pewnym tematom – jak choćby aborcja, czy kwestia rzetelnego wychowania seksualnego – wciąż funkcjonować w debacie publicznej, choć wielu publicystów i polityków chciałoby je zamieść pod dywan, raz na zawsze zagrzebać w niebycie. W tym sensie Manifa to komar, który denerwująco bzyczy nad uchem kolejnych ekip rządzących, nie pozwalając im zapomnieć, że nie wszyscy są zadowoleni z zawartych ponad głowami społeczeństwa „kompromisów”.

Wielogłosowość Manif rodzi pytania o feministyczne priorytety i prowadzi do konfliktów, ale to właśnie dzięki połączeniu różnych postulatów możliwe jest wspólne działanie grup, które nigdy dotąd nie współpracowały. Włączanie kolejnych kwestii pozwala pokazać, że dyskryminacja to nie jest tylko kwestia płci, ale też orientacji seksualnej, klasy społecznej, poziomu sprawności czy stanu zdrowia. W tym sensie Manifa jest platformą, którą jako organizatorki chcemy oddać grupom, których głos jest w przestrzeni publicznej marginalizowany. Nieprzypadkowo nasze hasła tak często nawiązują do solidarności i wspólnoty. Słowa „Jesteśmy silne! Razem silniejsze!” to nie pusty slogan – historia ruchów społecznych na całym świecie pokazuje, że jeśli chcemy zmiany społecznej, musimy współpracować. Symbolem Manify jako wspólnoty właśnie pozostanie dla mnie balon w kształcie sterowca, który unosił się nad pochodem w 2005 roku – z jednej strony umieszczono hasło dotyczące równych praw lesbijek, a z drugiej słowa: „Rząd na pensje pielęgniarskie!”.

Oczywiście, to włączanie nie zawsze jest łatwe. Fakt, że w ostatnich latach Manifa skupia się głównie na kwestiach ekonomicznych (umowy śmieciowe, outsourcing, niskie płace) i buduje sojusze ze związkami zawodowymi, wzbudził wątpliwości, czy jest ona wciąż wydarzeniem kobiecym, czy może już związkowym? Czy nie traci w ten sposób feministycznego pazura? Czy nie unikamy czasem mówienia o aborcji i prawach osób nieheteroseksualnych, byle nie drażnić bardziej tradycyjnych pielęgniarek czy nauczycielek? Warto się nad tym zastanowić, bo pytania te dotykają kwestii zasadniczej: Jak definiujemy feminizm? O jaką zmianę społeczną walczymy? Jeśli uznamy, że feminizm dotyczy wyłącznie walki o zrównanie praw i przywilejów kobiet z prawami i przywilejami mężczyzn, to rzeczywiście należałoby skupić się wyłącznie na kwestiach takich jak aborcja czy dopłata do środków antykoncepcyjnych, niż zajmować się umowami śmieciowymi i outsourcingiem. Możemy jednak uznać, że feminizm to w istocie walka o system społeczny oparty na braku hierarchii i podziałów klasowych, rasowych czy wynikających z poziomu sprawności, o system bardziej sprawiedliwy dla wszystkich. Wtedy oczywiste jest skupienie się na tych obszarach, w których różne rodzaje dyskryminacji przecinają się i nakładają. Nie ma wątpliwości, że dziś możliwość korzystania z naszych praw zależy głównie od zawartości portfela. Kobiety, które na to stać, mogą sobie kupić antykoncepcję, dostęp do aborcji czy opiekę nad dziećmi, a te, których na to nie stać, są dyskryminowane podwójnie – zarówno z uwagi na płeć, jak i na sytuację ekonomiczną. Nie da się też ukryć, że o wiele lepiej być dziś wykształconą młodą kobietą z dużego miasta niż starszym mężczyzną bez wykształcenia i ze wsi. W tym sensie płeć jest tylko jednym z elementów tej układanki – dla mnie jako feministki najważniejszym, ale nie jedynym. Nie wystarczy krytykować systemowych wykluczeń związanych z funkcjonowaniem wolnego rynku, trzeba tę krytykę wprowadzić w życie i znaleźć sposób na to, by nie popaść w pułapkę obrony partykularnych interesów poszczególnych grup.

Magdalena Środa twierdzi, że „historia Manif, postrzegana poprzez hasła, zaangażowanie, dynamikę liczebności, to historia rozwoju ruchu kobiecego w Polsce” . A jaka jest przyszłość? Możliwych jest kilka scenariuszy. Osobiście chciałabym, aby Manifa pozostała wydarzeniem, dzięki któremu nagłaśnia się konkretne problemy, wprowadza je do mediów i na ulice, a jednocześnie jest spotkaniem różnych środowisk i grup, naszym wspólnym świętem. Może się też okazać, że skupienie na kwestiach ekonomicznych i sojusze ze związkami zawodowymi odbiorą jej kontrkulturowy powab i rzeczywiście stanie się kolejną demonstracją pod związkowymi flagami, które media opiszą jako wyraz roszczeniowych postaw Polek i Polaków. Jednak najgorszy możliwy scenariusz to opcja, że Manifa spowszednieje, znudzi się po prostu i nikomu nie będzie się już chciało wychodzić na ulice, by po raz kolejny krzyczeć, że aborcja, że przemoc, że nierówne płace. Albo że wszyscy uznają, że Manifa odbędzie się i tak, jak co roku, więc lepiej napić się w domu gorącej herbaty, niż marznąć znów w śnieżycy. Na szczęście, przyszłość Manify zależy od nas. Więc – do zobaczenia za rok!

Elżbieta Korolczuk – socjolożka, kulturoznawczyni, członkini Porozumienia Kobiet 8 Marca organizującego manify od 2000 r.

Tekst do pobrania w formacie PDF.

Zaproszenia i nowości
Jeśli chcą Państwo otrzymywać informacje o nowościach na stronie i zaproszenia na nasze debaty prosimy o  rejestrację»